Cytaty

Coś na uśmiech …

house3

Cześć kochani 🙂

Pewnie już zauważyliście, że szczególny sentyment żywię do wielotomowych powieści opisujących losy rodzinne. Strasznie szybko i mocno przywiązuję się do bohaterów i mam niesamowitą frajdę, gdy mogę śledzić ich całe życie, a następnie losy ich dzieci, wnuków i reszty rodziny. Do takich kamieni milowych tego gatunku należy oczywiście Rodu Forsyte’ów, którą czytałam już kilka razy i jeszcze nie raz do niej wrócę. Teraz natomiast zaczytuję się w Rodzinie Whiteoak’ów napisanej przez . Niezwykłej autorce poświęciłam już na blogu oddzielny wpis. Natomiast sagę opiszę, gdy dotrę do końca, na razie czytam 8 tom „We dworze Whiteoaków”.

Jak mówi tytuł tego postu, chciałam Wam zacytować fragment powieści z 2 rozdziału 8 tomu. Fragment, który wywołał u mnie głośny, szczery  śmiech – więc mam nadzieję, że Wy również się uśmiechniecie.

Mały zarys tła fabuły – rok 1925, wielka posiadłość ziemska o nazwie Jalna. Zamieszkuje ją spora arystokratyczna rodzina. Właśnie zbliżają się setne urodziny nestorki rodu – Adeliny Whiteoak. Staruszka głównie odpoczywa w swoim pokoju leżąc w wielkim łożu. Głośna dyskusja w salonie budzi ją z drzemki, a więc łapie za laskę stojącą przy łóżku i energicznie zaczyna stukać w podłogę. Członkowie rodziny, nie chcąc przerywać rozmowy, która dotyczy zakupu kanarka, wysyłają do niej najmłodszego spośród nich – 11-letniego chłopca o imieniu Wakefield, który ma ją uspokoić i poprosić, aby spała dalej.

A teraz scena w pokoju Adeliny, gdy chłopiec próbuję namówić staruszkę, aby spokojnie dalej odpoczywała.

„Stara pani Whiteoak uniosła się na łóżku. Wysunęła spod kołdry nogi w włóczkowych skarpetkach, dysząc ciężko.

– Podaj mi szlafrok. Leży na krześle. ja im pokażę, czy można sprowadzać do domu kanarki!

Wekefield wiedział, że powinien pobiec do jadalni i zawołać kogoś ze starszych. Było niepraktykowaną rzeczą, żeby babcia wstała bez pomocy ciotki Augusty lub któregoś z synów. Lecz ciekawość chłopca, pragnienie nowych wrażeń i podniecenie były większe od ostrożności. Przyniósł ciężki, aksamitny, purpurowy szlafrok i pomógł jej włożyć go. Podał laskę. Ale postawić ją na nogi! To była inna sprawa. Ciągnął za ramiona lecz nie mógł ruszyć z miejsca. „Ha” mruczała przy kolejnym bohaterskim wysiłku i jej twarz nabierała z każdą chwilą koloru bardziej zbliżonego do szlafroka.

-Nic z tego – sapnęła wreszcie – weź mnie za obie ręce i podnieś!

Wyciągnęła ręce spoglądając na niego ufna, iż mały chłopiec podoła temu zadaniu. Lecz taki był tego wynik, że ciągnąc ją, sam potknął się o dywan i upadł w jej ramiona. (…)

-Muszę pójść do jadalni i napędzić im strachu! I muszę to zrobić zaraz, bo za chwilę zbiegną się tutaj wszyscy…

-A może by Babcia poczołgała się? [zapytał Wakefield]”

Nie wiem jak Wy, ale ja w tym miejscu wybuchłam śmiechem. Widzicie tą staruszkę w koronkowej koszuli nocnej, z przekrzywionym czepkiem na głowie, nie mogącą samej podnieść się z łóżka i szczupłego chłopca stojącego obok, który z niewinną miną proponuje jej poczołganie się do salonu?

😀